Co stało się w Hiszpanii.

@johanmouchet

 

Cel czy droga? Podróż czy efekt? Być w procesie czy być na miejscu?

 

Jako młoda dziewczyna, przeszkolona przez korporacyjny młynek wyznaczania celów, wskaźników efektywności (tzw. KPI), badań jakości, skuteczności i tajemniczych klientów, straciłam z oczu radość z podróżowania, przyjemność z poznawania nowego i z odkrywania tajemnic.

Liczyło się tempo i efekt. W firmie – być na pierwszym miejscu, mieć najlepsze wyniki i redukować obszary do poprawy, przy maksymalnej produktywności i pełnym wykorzystaniu potencjału. Podczas wakacji – zobaczyć wszystkie punkty z listy najważniejszych miejsc do odwiedzenia, zobaczyć wchód słońca na plaży, a zachód w górach, wejść do najstarszego kościoła i odwiedzić ruiny antycznego teatru. Wypić kawę w pośpiechu, szybko zjeść loda, aby checklista urlopowa się zgodziła i by móc uznać urlop za dobrze wykorzystany.

Zmiana takiego sposobu myślenia to proces – długi i niekończący się, bo nawyk jest już silnie zakorzeniony. Zmieniany wraca jak natrętny komar, który w nocy przylatuje sekundę przed zaśnięciem i nieuchwytny bzyka nad uchem, a w świetle lamp znika.

Możesz uznać, że warto się zatrzymać, tylko być i nic nie musieć, ale gdy tylko przymkniesz oczy, tracisz czujność – a poczucie obowiązku maksymalnej produktywności powraca. Jak strażnik w zbroi zagradza drzwi dolce far niente, czyli słodkiemu nicnierobieniu – mówi stanowcze „nie”, halabardą kłując w tyłek, żebyś za długo na tym krzesełku leniuchowania nie posiedziała.

Po latach multitaskingu, wielozadaniowości, maksymalnego wykorzystania czasu i naginania czasoprzestrzeni wiem już z całą pewnością, że to nie działa. Przychodzi taki moment, że zadań, celów, kamieni milowych jest zbyt dużo i wiesz, że przez kolejny kamień w Twoim plecaku życia stracisz równowagę. On wywróci do góry nogami i rozsypie misterną układankę obowiązków, tych wszystkich „trzeba” i „powinnam”.

Potrzebny jest moment, w którym zdejmiesz plecak i obejrzysz wszystkie kamienie, zastanawiając się, czy na pewno Ty je tam włożyłaś i czy na pewno dalej chcesz, aby tam były.

Ja zrobiłam to podczas lockdownu oraz naszej miesięcznej wyprawy do Hiszpanii.

Hiszpania to nie kraj, to stan umysłu. Wyobraź sobie, że sprawy urzędowe, bankowe i wszystkie inne załatwisz tylko do godziny czternastej, że piekarnia jest czynna od jedenastej, a zakup nieruchomości, który w Polsce ogarniesz przy dobrych wiatrach w dwa dni, tu będzie trwał lekko dwa miesiące. Wyobraź sobie miejsce, w którym zawsze wszędzie zdążysz i zawsze masz czas. To miejsce, gdzie życie płynie wolniej, jeśli mu tylko na to pozwolisz.

My oczywiście nie pozwoliliśmy na całkowite zwolnienie tempa – pod wpływem słońca, otoczenia i jakiejś cudownej mocy wynikającej z realizacji naszego marzenia zapragnęliśmy zrobić jeszcze więcej. W jedną dobę włożyć jeszcze więcej zadań i celów, ciesząc się życiem i oczywiście nie tracąc z oczu jego uroku. To brzmi jak mission imposible.

Ta moc pozwoliła mi uruchomić mój kurs dla kobiet, który planowałam, obmyślałam już od dłuższego czasu, który – jak się potem okazało – w mojej głowie był już gotowy. Kiedy tylko sobie na to pozwoliłam, ruszyła lawina. Podczas #nareszcieponiedziałek i spotkania live na Instagramie w rozmowie z Sandrą (@sandrazenka) o kwestiach ważnych dla współczesnych kobiet i liderek, powiedziałam, że ruszam z kursem. W zasadzie powiedziało mi się to samo. Tak długo stało i czekało gotowe, że po prostu wzięło i wyszło, prosto z serca.

Pojawiły się pierwsze zgłoszenia, które dały mi ogrom energii do kolejnych kroków. Po spotkaniu pobiegłam do sklepu papierniczego, kupiłam blok i kolorowe mazaki, bo ci ludzie, co się w latach 80. urodzili, to, żeby coś zobaczyć, muszą to sobie napisać, narysować i pokolorować, i to zdecydowanie na papierze. Odręcznie. Wszystko to, co w mojej głowie od dawna było gotowe, przelałam na papier, tworząc 6 modułów szkoleniowych, wypełnionych wiedzą i doświadczeniami. Opierając się o sukcesy i porażki. Czerpiąc od wszystkich kobiet, z którymi miałam zaszczyt pracować.

Kiedy projekt był już na kartkach, miałam go fizycznie w ręce – mogłam iść dalej. Tworząc marketing, landing page, kwestionariusz oraz wszystkie potrzebne rzeczy do tego, aby świat dowiedział się o tym, co mogę mu ofiarować.

Wiedziałam, że proces przebiegu kursu będzie ważny również dla mnie osobiście, dlatego bardzo precyzyjnie dobierałam kandydatki, zabiegając o te, które stały się dla mnie ważne, dziękując niektórym osobom w sytuacji, kiedy nasze cele szły w innym kierunku.

Wiem, że wejdę w ten proces całą sobą i będę oczekiwała tego samego od uczestniczek, a przez pół roku nasza relacja będzie prawdziwa i głęboka.

W Hiszpanii wydarzyło się jeszcze coś. Oprócz tego, że uświadomiłam sobie po raz kolejny, by tak nie pędzić, to poczułam, że bardziej gotowa na coś więcej już nie będę. Firma przetrwała trudny czas covidowy. Wszystkie nasze wysiłki podczas pandemii sprawiają, że potencjał naszej firmy powiększył się trzykrotnie i jeszcze rośnie. Otworzyliśmy się na nowe rynki, nowe produkty, rozpoczęliśmy budowę struktur ogólnopolskich, szukamy możliwości europejskich. Placówki bankowe (czyli nasz pierwszy biznes) przy wsparciu naszej pracy zdalnej w marcu br. osiągnęły wynik taki jak w październiku 2019, czyli zanim wszystko się zmieniło – tak jak za starych, dobrych czasów.

Uświadomiłam sobie, że to jest ten moment, kiedy mogę powiedzieć liderkom, przedsiębiorczyniom, prezeskom, menadżerkom, czyli kobietom śmiałym, pewnym siebie i pewnym tego, czego chcą, że:

  • wiem, jak to zrobić,
  • wiem, gdzie jestem,
  • wiem, ile to jest warte,
  • wiem jak tu doszłam i też mogę Cię tu zaprowadzić.

I to powiedziałam na głos.

A one odpowiedziały. W pięć dni zamknęłam sprzedaż kursu, kompletując pełny zespół.

Spacerowałam po pustej plaży i mówiłam do siebie: MOŻESZ. Nie musisz, ale MOŻESZ.

Wiem, że możemy prowadzić nasze pozostałe biznesy zdalnie. Wiem, że mogę robić to, co stało się moją życiową misją. Mogę wspierać kobiety w budowaniu siebie i odnoszeniu sukcesów na swoich warunkach.

Od lat jestem zafascynowana kobiecą naturą i ogromem możliwości, jakie z nią idą. Nieodmiennie zachwyca mnie proces wzrastania i odkrywania siebie przez kobiety. Cudownie jest w nim uczestniczyć.

Moim świadomym celem, odkrytym w czasie pandemii, jest potrzeba i możliwość prowadzenia biznesu bez adresu, tzn. biznesu, którego ja będę wartością i marką, który będę mogła wykonywać z dowolnego miejsca na świecie.

Wielu ludzi dąży do tego, aby nie pracować. Ja wiem, że realizacja mojej życiowej misji daje mi szczęście i spełnienie, i bez tego nie będę szczęśliwa nawet na najbielszej z rajskich wysp. W mój cel wpisuje się również to, aby zarabiać na tym, kim się stałam. Wiem, ile pieniędzy zainwestowałam w swoje szkolenia. Wiem, ilu nocy nie przespałam, łącząc dzienne prawo z etatem menadżera w banku. Wiem, ile łez wypłakałam przez 4 lata katolickiego liceum, mieszkając w internacie 100 km od domu, bo był to internat jednej z najlepszych szkół. Wyjechałam z domu w wieku 14 lat, czując, że to życie to walka i że im szybciej ją zacznę tym więcej osiągnę. Dziś mam lat 36 i po życiu spodziewam się już tylko cudów i zachwytów.

Cel czy droga?

Dziś mówię, że zdecydowanie droga. Nie wybrałam w Hiszpanii miejsca, w którym będę mogła żyć i się zestarzeć, bo nie chce się starzeć. Wybrałam miejsce, dzięki któremu będą mogła zarabiać i podróżować. Miejsce, do którego będę chciała wracać, ale na swoich warunkach.

Bo jestem głodna świata, ciekawa miejsc, w których jeszcze nie byłam. Covid uświadomił mi, że nie ma na co czekać – życie jest teraz, w tej chwili i w tym miejscu. A Hiszpania uświadomiła mi, że praca powinna być do życia dodatkiem, a nie jego sensem.

Życie to ruch. Życie to droga.

 

Photo by @johanmouchet on Unsplash.

Dodaj komentarz

16 + dziewiętnaście =